Skazana za morderstwo Rory Raven została nieoczekiwanie, zaledwie po kilku miesiącach odbywania kary, zwolniona z więziennej krainy Vincula. Nagle znalazła się w Erdikoa, ale nie mogła nikomu powiedzieć o swoim uwolnieniu. I zabrano jej wspomnienia z czasu, który spędziła w Vinculi. Powinna być zadowolona, przecież wróciła do domu. Ale.. coś było bardzo nie tak. Czegoś jej było brak. A może kogoś? Jej rzeczywistość nagle stała się jakby inna. Do tego miała sny, w których widziała mordercę swojej siostry Cory. Ten przekonywał ją, że jest niewinny. Rory wiedziała, że powinna go nienawidzić. W tej całej układance brakowało jakiegoś elementu. Już wkrótce dziewczyna zdała sobie sprawę, że musi odzyskać wspomnienia z Vinculi.
Niektóre więzi są silniejsze niż pamięć. Nawet wtedy, gdy nie pamiętasz już, kogo kochasz. Są takie historie, w których miłość nie jest pięknym, prostym uczuciem. Jest tęsknotą, bólem, walką i gotowością, by przekroczyć granice, których wcześniej nie odważylibyśmy się nawet dotknąć.
Drugi tom cyklu Przeklęte królestwo Vinculi zabiera nas z powrotem do świata Rory Raven i Caiusa. Tyle że tym razem wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane.
Rory wraca do Erdikoi, ale nie pamięta tego, co wydarzyło się w Vinculi. Nie pamięta króla Umbry. Nie pamięta ich wspólnej historii. A jednak gdzieś głęboko pozostaje poczucie, że czegoś jej brakuje. I chyba właśnie ten motyw poruszył mnie najbardziej. Bo co zostaje z miłości, kiedy odbiera się nam wspomnienia? Czy uczucie może przetrwać, jeśli rozum nie potrafi już wskazać osoby, za którą tęskni serce? Czy można odnaleźć kogoś, kogo nie pamięta się nawet w najskrytszych zakamarkach własnej duszy?
Jamie Applegate Hunter ponownie zabiera nas do mrocznego, magicznego świata, w którym przeznaczenie, klątwy, dawne konflikty i konsekwencje wcześniejszych decyzji nie pozwalają bohaterom po prostu odetchnąć. A kiedy do tego dochodzi tajemnica i niebezpieczeństwo, szybko okazuje się, że powrót do domu wcale nie oznacza końca problemów.
Rory nie jest bohaterką, którą łatwo zamknąć w jednej kategorii. Ma w sobie mrok, gniew i ciężar przeszłości. Nie zawsze podejmuje decyzje, które można zrozumieć czy zaakceptować, ale właśnie to sprawia, że trudno przejść obok niej obojętnie. A Caius to postać, przy której szczególnie mocno wybrzmiewa temat tęsknoty. Bo jak walczyć o kogoś, kto nie pamięta, że kiedykolwiek byłeś częścią jego życia? Jak odbudować więź, której druga osoba nie potrafi sobie przypomnieć? Ich relacja jest pełna emocji, napięcia i tej charakterystycznej dla romantasy intensywności. Jest w niej coś pięknego, ale też bolesnego — świadomość, że miłość nie zawsze wystarczy, by naprawić wszystko, co zostało zniszczone.
I choć romans odgrywa tutaj ważną rolę, „Aeternum” nie opiera się wyłącznie na uczuciach. To również opowieść o pamięci, winie, poświęceniu i cenie, jaką płacimy za własne wybory.
Czy wszystko mi się podobało? Nie do końca.
Przy tak obszernej historii zdarzały się momenty, w których miałam ochotę, żeby akcja ruszyła trochę szybciej. Niektóre wątki mogłyby być poprowadzone bardziej dynamicznie, a finał pozostawił we mnie pewien niedosyt. Mimo to nie przekreśla to emocji, które towarzyszyły mi podczas lektury.
Bo kiedy ta historia trafia w odpowiedni punkt, trudno pozostać wobec niej obojętną.
„Aeternum” to historia o tym, że czasem można stracić pamięć o drugiej osobie, ale niekoniecznie utracić to, co nas z nią łączy.
Czy wierzycie w miłość, która potrafiłaby przetrwać nawet utratę wspomnień? A może bez wspólnej przeszłości trudno mówić o prawdziwej więzi?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz