środa, 12 sierpnia 2026

"Typy osobowości. Jak rozwijać kompetencje osobiste i lepiej porozumiewać się z ludźmi" Tomasz Sędzimir

 

Rozpoznawanie typów osobowości to ważna umiejętność w świecie biznesu i w codziennych relacjach międzyludzkich. Zdolność szybkiej diagnozy charakteru rozmówcy staje się kluczową kompetencją w negocjacjach, zarządzaniu zespołem, a także budowaniu skutecznych relacji zawodowych i osobistych.

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego z jednymi ludźmi możemy rozmawiać godzinami, a z innymi nawet najprostsza rozmowa potrafi zamienić się w małe pole bitwy? Dlaczego jedna osoba potrzebuje konkretów, druga chce najpierw wszystko dokładnie przemyśleć, ktoś reaguje spontanicznie, a ktoś inny potrzebuje czasu, żeby w ogóle odpowiedzieć? Czy problem rzeczywiście zawsze leży w tym, jak ktoś się zachowuje, czy może czasami w tym, że próbujemy rozmawiać z nim dokładnie tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani?

Właśnie na te pytania próbuje odpowiedzieć autor książki. I przyznam, że lubię książki, które nie kończą się na teorii. Bo samo przeczytanie, że istnieją różne typy osobowości, niewiele zmieni, jeśli następnego dnia nadal będziemy reagować na ludzi dokładnie tak samo jak wcześniej. Tutaj teoria jest raczej początkiem. Autor pokazuje dwa modele rozumienia osobowości – klasyczny system temperamentów Hipokratesa-Galena oraz model Wielkiej Piątki. Do tego dochodzą sposoby rozpoznawania cech, wskazówki dotyczące komunikacji, ćwiczenia, test osobowości, studia przypadków i propozycje pracy nad własnymi kompetencjami.

I właśnie ta praktyczna strona książki była dla mnie najciekawsza. Bo bardzo łatwo jest powiedzieć:„On jest po prostu taki.”, „Ona zawsze musi mieć rację.”, „Z nim nie da się dogadać.”, „Ona wszystko bierze do siebie.” Tylko że takie etykiety niewiele nam dają. Znacznie ciekawsze jest pytanie: „Co mogę zrobić, żeby lepiej zrozumieć tę osobę?” I jeszcze trudniejsze: „Co mogę zrobić, żeby sama lepiej rozumieć siebie?”

Bo mam wrażenie, że właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa wartość tej książki. Nie od próby naprawiania innych. Od przyjrzenia się sobie. Swoim reakcjom. Swojemu sposobowi komunikowania. Temu, jak zachowujemy się pod presją. Jak podejmujemy decyzje. Jak reagujemy na krytykę. Jak słuchamy. A czasami przede wszystkim – jak bardzo jesteśmy przekonani, że to my mamy rację. To ostatnie jest chyba jedną z trudniejszych lekcji, jakie można wynieść z książek o komunikacji. Bo przecież łatwo zauważyć, że ktoś jest uparty. Trudniej zauważyć własny upór. Łatwo powiedzieć, że ktoś nie słucha. Znacznie trudniej przyznać, że sami czasami tylko czekamy na swoją kolej, żeby odpowiedzieć.

Dostajemy narzędzia, które mają pomóc lepiej rozpoznawać różnice między nami i odpowiednio do nich dopasowywać sposób komunikacji. Książka porusza również temat uczenia i motywowania ludzi, relacji zawodowych oraz prywatnych.

Mamy doświadczenia, emocje, historię, przekonania, aktualną sytuację i mnóstwo rzeczy, których żaden model nie jest w stanie w pełni uchwycić.

Dlatego największą wartość widzę tutaj nie w samym przypisywaniu ludzi do określonych kategorii, ale w zwiększaniu uważności na drugiego człowieka. W zatrzymaniu się przed oceną. W zadaniu pytania zamiast założenia. W próbie zrozumienia, zanim zaczniemy odpowiadać. I chyba właśnie tego najbardziej potrzebujemy w codziennych relacjach. Nie kolejnych sposobów na to, jak skuteczniej przekonać innych do swojego zdania. Tylko sposobów na to, jak naprawdę się usłyszeć.

A Wy?

Lubice książki o osobowości i komunikacji? Czy macie wrażenie, że czasami takie typologie pomagają lepiej rozumieć ludzi, a czasami… za bardzo próbują włożyć nas do szufladek?

Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń. 

wtorek, 4 sierpnia 2026

"Wojna niepamięci" qntm

 

Ludzkość padła ofiarą ataku złowrogich antymemów- idei uderzających w pamięć, tożsamość i samą tkankę rzeczywistości. Antymemy są wszędzie wokół nas. Jeden z nich może być teraz tuż obok ciebie. Być może go widzisz, ale za sekundę nie będziesz o tym pamiętał.

A gdyby istniał wróg, którego nie można zobaczyć? Nie dlatego, że jest niewidzialny. Tylko dlatego, że nie jesteś w stanie go zapamiętać. Brzmi jak początek bardzo dobrego horroru? Bo właśnie tym dla mnie była „Wojna niepamięci” – książką, która nie tylko opowiada o czymś przerażającym, ale sprawia, że zaczynasz podejrzliwie patrzeć na własny umysł. I chyba właśnie to było w niej najbardziej niepokojące.

Ludzkość prowadzi wojnę z antymeme­tycznymi zagrożeniami. Problem polega na tym, że antymemy są czymś więcej niż zwykłym przeciwnikiem. Ich największą bronią jest to, że wymykają się pamięci, świadomości i możliwości przekazania informacji dalej.

Wiesz, że coś jest nie tak. Tylko... nie pamiętasz co. I już samo to założenie jest genialne. Bo jak walczyć z czymś, czego nie potrafisz opisać? Jak ostrzec innych, skoro za chwilę zapomnisz, przed czym właściwie ich ostrzegałaś? Jak zaufać własnym wspomnieniom, kiedy zaczynasz podejrzewać, że ktoś albo coś może je zmieniać?

I tutaj qntm robi coś naprawdę ciekawego. Nie daje czytelnikowi wygodnego miejsca, z którego można bezpiecznie obserwować wydarzenia. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że przez całą książkę autor delikatnie podsuwa pytanie:

„A skąd właściwie wiesz, że to, co pamiętasz, jest prawdą?”

I nagle zwykłe zapominanie zaczyna wydawać się czymś znacznie bardziej złowrogim. Bo przecież wszyscy zapominamy. Imię osoby, którą poznaliśmy wczoraj. Dlaczego weszliśmy do kuchni. Gdzie odłożyliśmy telefon. Czasem zapominamy ważne rozmowy, twarze, wydarzenia.

Ale co, jeśli istnieje coś, co chce, żebyś zapomniała?

I co, jeśli nawet nie będziesz wiedzieć, że o czymś zapomniałaś?

To właśnie ten rodzaj grozy, który działa na mnie zdecydowanie mocniej niż potwór wyskakujący zza drzwi. Bo potwora można zobaczyć. Można przed nim uciec. Można się schować. A przed czymś, czego nie potrafisz nawet zachować w pamięci? No właśnie.

„Wojna niepamięci” jest bardzo specyficzną książką. I mówię to jako komplement. To nie jest klasyczne science fiction, które prowadzi nas przez technologię, futurystyczne światy i wielkie kosmiczne konflikty. To połączenie science fiction, horroru, zagadki i filozoficznego niepokoju. Momentami dziwne. Momentami chaotyczne. Momentami naprawdę przerażające. Ale przede wszystkim – bardzo oryginalne.

Autor bawi się również samą formą opowieści. Pojawiają się raporty, dokumenty, fragmenty informacji i elementy, które sprawiają, że czytelnik musi sam składać historię z rozsypanych kawałków. Nie wszystko zostaje podane na tacy. I dobrze. Bo gdyby wszystko było jasne, ta książka straciłaby sporą część swojego uroku. Czytałam i próbowałam sobie poukładać wszystko w głowie.

A potem zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie próbuję poukładać czegoś, czego nie powinnam pamiętać. 😉 I właśnie wtedy dotarło do mnie, że „Wojna niepamięci” działa nie tylko jako historia. Ona jest trochę eksperymentem na czytelniku. Zmusza do obserwowania własnej percepcji. Do zastanowienia się nad pamięcią. Nad tym, co właściwie czyni nas nami. Bo jeśli odebrać człowiekowi wspomnienia, doświadczenia i wiedzę o własnej przeszłości…

ile z niego zostaje? I chyba właśnie ta warstwa książki została ze mną najdłużej. Pod warstwą horroru i antymeme­tycznych zagrożeń kryje się bowiem bardzo ludzka opowieść o pamięci. O relacjach. O stracie. O tym, jak ważne jest to, że pamiętamy ludzi, których kochamy. Bo czasami najbardziej przerażająca nie jest myśl: „Mogę umrzeć”. Tylko: „Mogę zapomnieć, że ktoś był dla mnie ważny.”I to jest myśl, która naprawdę potrafi zostać w głowie.

Czy książka jest idealna? Nie. Początek wciągnął mnie zdecydowanie mocniej niż niektóre późniejsze fragmenty. Bywa momentami zagmatwana i wymaga od czytelnika sporo uwagi. To zdecydowanie nie jest lektura typu „włączam autopilota i jadę”. Tutaj trzeba być obecnym. Trzeba łączyć fakty. Czasami zaakceptować, że nie wszystko rozumiemy. A czasami po prostu pozwolić historii poprowadzić się w miejsce, którego się nie spodziewaliśmy. I chyba właśnie dlatego tak dobrze ją zapamiętam. O ile oczywiście...ją zapamiętam.

„Wojna niepamięci” nie jest książką dla każdego. Ale jeśli lubicie historie dziwne, niepokojące i wymykające się prostym kategoriom – zdecydowanie dajcie jej szansę. Tylko uważajcie. Bo podobno antymemy są wszędzie. Może właśnie dlatego... nie pamiętamy, że je widzieliśmy.

A Wy?

Lubcie książki, które po przeczytaniu zostawiają Was z większą liczbą pytań niż odpowiedzi? Czy jednak wolicie, kiedy autor prowadzi Was pewnie od początku do końca?

I najważniejsze pytanie:

gdybyście mogły wymazać jedno wspomnienie ze swojej pamięci – zrobiłybyście to? 

niedziela, 26 lipca 2026

"Wyzwanie. Czerwona Królowa" Juan Gómez-Jurado

 


Dzięki nam masz szansę zostać kimś wyjątkowym. Zapomnij o przeżywaniu dwóch identycznych dni czy zastanawianiu się, co wydarzy się jutro.
Dołącz do czegoś wielkiego.

Przyznaję bez bicia... Sięgając po tę książkę, byłam przekonana, że rozwiążę większość zagadek. Przecież tyle thrillerów już przeczytałam. Tyle razy próbowałam wyprzedzić autora. Tyle razy udało mi się połączyć fakty przed bohaterami.

A potem otworzyłam „Wyzwanie. Czerwona Królowa. Zagadki dla wyjątkowych umysłów”.

I bardzo szybko okazało się, że ta książka potrafi sprowadzić czytelnika na ziemię. 

To nie jest zwykły zbiór łamigłówek. To zaproszenie do świata Antonii Scott – świata, w którym liczy się nie tylko wiedza, ale przede wszystkim uważność, logiczne myślenie, umiejętność dostrzegania szczegółów i... cierpliwość. I właśnie to spodobało mi się najbardziej.

Nie miałam poczucia, że rozwiązuję przypadkowe zagadki wrzucone do jednego tomu. Czułam, jakbym naprawdę uczestniczyła w treningu przygotowującym do pracy z Czerwoną Królową. Każde kolejne zadanie wymagało zmiany sposobu myślenia. Raz trzeba było zaufać logice. Innym razem intuicji. Czasem wystarczyło spojrzeć na problem z zupełnie innej perspektywy.

Brzmi prosto? Uwierzcie... tylko brzmi. Największą zaletą tej książki jest różnorodność.

Nie ma tutaj miejsca na monotonię. Jedne zagadki rozwiązujecie w kilkanaście sekund. Nad innymi można spędzić naprawdę sporo czasu. I właśnie wtedy zaczyna się najlepsza zabawa. Bo to nie jest książka, którą trzeba przeczytać od deski do deski. Można po nią sięgnąć na kwadrans przy porannej kawie. Można zabrać ją w podróż. Można rozwiązywać zagadki wspólnie z rodziną albo znajomymi i przekonać się, kto naprawdę ma detektywistyczny umysł. Albo... przekonać się, jak często własny mózg próbuje nas oszukać.

Bardzo podobało mi się to, że autor nie stawia wyłącznie na matematykę czy skomplikowane łamigłówki. Znajdziecie tu zadania wymagające obserwacji, dedukcji, analizy i kreatywnego myślenia. Dzięki temu książka ani przez chwilę nie staje się przewidywalna. Muszę jednak uczciwie przyznać, że kilka zagadek naprawdę wystawiło moją cierpliwość na próbę. Były momenty, kiedy byłam przekonana, że rozwiązanie mam tuż przed oczami. Nie miałam. I właśnie za to polubiłam tę książkę jeszcze bardziej.

Bo przypomina, że pierwsza odpowiedź wcale nie musi być właściwa. Czasem wystarczy zatrzymać się na chwilę, odrzucić najbardziej oczywisty trop i spojrzeć na problem jeszcze raz.

To świetna lekcja – nie tylko podczas rozwiązywania zagadek, ale również w codziennym życiu.

Jeżeli znacie serię „Czerwona Królowa”, znajdziecie tutaj mnóstwo smaczków, które sprawiają, że zabawa jest jeszcze przyjemniejsza. Jeśli natomiast dopiero poznajecie twórczość Juana Gómeza-Jurado, ta książka również może sprawić Wam sporo frajdy, choć zdecydowanie więcej radości będą mieli fani całego cyklu.

Czy poleciłabym tę książkę każdemu? Nie. Poleciłabym ją tym, którzy lubią, kiedy książka nie jest tylko bierną rozrywką. Tym, którzy czerpią przyjemność z analizowania, kombinowania i szukania odpowiedzi tam, gdzie na pierwszy rzut oka ich nie widać. To jedna z tych pozycji, które przypominają, że czytanie może być czymś więcej niż śledzeniem fabuły. Może być wyzwaniem. I przyznam, że bardzo lubię, kiedy książki właśnie takie wyzwania przede mną stawiają.

A Wy? Lubicie łamigłówki i zagadki logiczne, czy podczas lektury wolicie po prostu dać się porwać historii? A może zdarzyło Wam się kiedyś rozwiązać zagadkę przed wszystkimi? 

środa, 22 lipca 2026

"Wiedźma i mniszka" Monika Mackiewicz


 Wczesnośrednowieczna Polska. Stare słowiańskie wierzenia ustępują miejsca nowej chrześcijańskiej rzeczywistości, lecz dawne moce nie zamierzają odejść bez walki. Granica między światem ludzi a światem bogów staje się coraz bardziej krucha.

Są książki, które zabierają nas do świata pełnego magii. A są takie, które przypominają, że największa magia od zawsze tkwiła w opowieściach. „Wiedźma i mniszka” to właśnie jedna z nich.

Już od pierwszych stron poczułam, że nie będzie to historia oparta wyłącznie na wartkiej akcji czy spektakularnych wydarzeniach. To opowieść, która rozwija się swoim rytmem – spokojnym, momentami niemal hipnotyzującym. Takim, który pozwala zanurzyć się w świecie dawnych wierzeń, słowiańskich legend i ludzi próbujących odnaleźć swoje miejsce pomiędzy tym, co znane, a tym, czego nie da się racjonalnie wyjaśnić.

I chyba właśnie za ten klimat pokochałam tę książkę najbardziej.

Monika Mackiewicz tworzy świat, który wydaje się niezwykle autentyczny. Czuć, że każda legenda, każdy obrzęd i każdy element codzienności mają swoje korzenie w historii i kulturze. Nie jest to słowiańskość potraktowana jako modny dodatek. Ona stanowi fundament całej opowieści.

Czytając, miałam wrażenie, że siedzę przy ognisku i słucham starej baśni przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Takiej, w której granica między rzeczywistością a magią zaciera się z każdą kolejną stroną. Bardzo spodobały mi się również bohaterki.

Choć pochodzą z dwóch różnych światów i niosą ze sobą odmienne doświadczenia, trudno zamknąć je w prostych schematach. Są odważne, ale nie nieomylne. Silne, ale niepozbawione wątpliwości. To właśnie ich wewnętrzne rozterki sprawiają, że ta historia nabiera głębi.

Nie jest to książka o walce dobra ze złem. To opowieść o wyborach. O wierze. O lojalności. O tym, jak trudno czasem pogodzić własne przekonania z oczekiwaniami świata. I o tym, że prawda bardzo rzadko jest czarno-biała.

Ogromnym atutem tej powieści jest język. Jest piękny, obrazowy i niezwykle klimatyczny. Niektóre opisy aż prosiły się o to, żeby przeczytać je drugi raz. Dawno nie miałam w rękach książki, która tak mocno działałaby na wyobraźnię.

Nie oznacza to jednak, że jest to lektura dla każdego.

Jeśli szukacie dynamicznej fantastyki z nieustanną akcją, możecie poczuć, że tempo jest zbyt spokojne. Ale jeśli lubicie historie, które pozwalają zanurzyć się w świecie, budują atmosferę i zostawiają przestrzeń na refleksję, „Wiedźma i mniszka” może Was naprawdę zachwycić.

Bardzo doceniam również to, że autorka nie traktuje słowiańskich wierzeń jedynie jako tła. Są one integralną częścią opowieści i wpływają na decyzje bohaterów, ich sposób myślenia oraz postrzeganie świata. Dzięki temu całość zyskuje autentyczność, której często brakuje we współczesnej fantastyce.

To jedna z tych książek, które nie kończą się wraz z ostatnią stroną.

Jeszcze długo wracałam myślami do bohaterek, do ich decyzji i do pytań, które stawia przed czytelnikiem autorka. Bo pod warstwą magii i dawnych wierzeń kryje się historia o człowieku – jego lękach, odwadze i poszukiwaniu własnej drogi.

Po zamknięciu książki pomyślałam tylko jedno...

Dlaczego w polskiej fantastyce tak rzadko sięgamy po własne legendy i wierzenia? Bo kiedy trafiają w ręce autorki, która potrafi opowiadać z taką wrażliwością i wyczuciem, powstają historie, od których naprawdę trudno się oderwać.

A Wy? Sięgacie po powieści inspirowane słowiańskimi wierzeniami, czy dopiero odkrywacie ten gatunek? Jestem bardzo ciekawa, jakie tytuły zrobiły na Was największe wrażenie. 

poniedziałek, 13 lipca 2026

"Drogowskazy Odysei" Sam Akbar


Siedem najważniejszych lekcji z Odysei, ponadczasowej opowieści o byciu silnym w obliczu przeciwności losu i nieustannym dążeniu do celu.

Są książki, które czyta się szybko. Są takie, które pochłania się jednym tchem. A są też takie, które co kilka stron zmuszają do zamknięcia okładki. Nie dlatego, że są trudne. Wręcz przeciwnie – dlatego, że każą się zatrzymać i pomyśleć. „Drogowskazy Odysei” należą właśnie do tej ostatniej kategorii.

To nie jest książka, która daje gotowe odpowiedzi. Nie znajdziecie tutaj prostych recept na szczęście ani listy dziesięciu kroków do lepszego życia. Zamiast tego autor zaprasza czytelnika do podróży – nie tyle przez kolejne rozdziały, ile przez własne doświadczenia, przekonania i sposób patrzenia na świat.

Już sam tytuł wiele mówi o charakterze tej książki. Odyseja od wieków symbolizuje drogę pełną prób, zmian i odkrywania siebie. Dr Sam Akbar wykorzystuje ten motyw, by opowiedzieć o współczesnym człowieku – jego wyborach, wartościach, kryzysach i poszukiwaniu sensu.

Najbardziej urzekło mnie to, że autor nie stawia się w roli nieomylnego nauczyciela. Nie moralizuje. Nie narzuca jedynej słusznej drogi. Raczej zadaje pytania, które zostają z czytelnikiem na długo po odłożeniu książki. I właśnie za to ją polubiłam.

To jedna z tych lektur, które czyta się inaczej niż powieść. Nie ma potrzeby pędzić do ostatniej strony. Wręcz przeciwnie – warto robić przerwy, wracać do zaznaczonych fragmentów i pozwolić, by niektóre myśli wybrzmiały.

Bardzo spodobał mi się również sposób, w jaki autor łączy refleksję z praktycznym spojrzeniem na codzienność. Nie odrywa czytelnika od rzeczywistości, ale zachęca, by spojrzeć na nią z nowej perspektywy. To książka o rozwoju, ale bez motywacyjnych sloganów. O zmianie, ale bez obietnic natychmiastowych efektów.

Czytałam ją powoli. Nie dlatego, że była trudna. Dlatego, że chciałam dać sobie czas na przemyślenie wielu poruszanych tematów. Niektóre fragmenty trafiały do mnie bardziej, inne mniej – i myślę, że właśnie na tym polega siła tej książki. Każdy czytelnik wyniesie z niej coś innego, bo każdy jest na innym etapie swojej własnej drogi.

To nie jest książka, którą po przeczytaniu odkłada się na półkę i zapomina.

To jedna z tych, do których chce się wrócić po kilku miesiącach albo po kilku latach, żeby sprawdzić, czy te same słowa znaczą dziś coś zupełnie innego.

Poleciłabym tę książkę każdemu? Nie. Poleciłabym ją osobom, które lubią czytać nie tylko dla historii, ale również po to, by lepiej zrozumieć siebie. To lektura dla tych, którzy nie boją się zadawać pytań i wiedzą, że najciekawsze odpowiedzi często przychodzą dopiero po czasie.

A Wy?

Macie książki, które bardziej się przeżywa, niż po prostu czyta? Takie, do których wracacie nie dla fabuły, ale dla jednego zdania, które w odpowiednim momencie potrafi zmienić sposób myślenia? 

niedziela, 5 lipca 2026

"Przemiana" Tom 4. Deborah Harkness


 Na polach bitew rewolucji amerykańskiej Matthew de Clermont poznaje Marcusa MacNeila, młodego chirurga z Massachusetts w chwili politycznego przebudzenia, kiedy wydaje się, że świat czeka lepsza przyszłość. Kiedy Matthew daje mu szansę nieśmiertelności i nowe życie wolne od pęt purytańskiego wychowania, Marcus wykorzystuje okazję, żeby stać się wampirem. Ale ta transformacja nie jest łatwa, a odwieczne tradycje i obowiążki rodu de Clermont zderzają się z głęboką wiarą Marcusa w wolność, równość i braterstwo.

Są autorzy, którzy potrafią stworzyć ciekawą historię. Są tacy, którzy potrafią stworzyć fascynujący świat. A Deborah Harkness robi coś jeszcze – sprawia, że ma się ochotę w tym świecie po prostu zamieszkać.

Dlatego za każdym razem, gdy wracam do jej książek, mam wrażenie, jakbym odwiedzała starych znajomych. Nie dlatego, że wszystko jest przewidywalne. Wręcz przeciwnie. Po prostu wiem, że czeka mnie opowieść, która nie będzie gonić od jednej sceny akcji do drugiej. Będzie miała czas. Na rozmowy. Na emocje. Na odkrywanie tego, co niewidoczne na pierwszy rzut oka.

I właśnie taka jest „Przemiana”.

To książka, która nie próbuje za wszelką cenę zachwycić fajerwerkami. Zamiast tego buduje atmosferę – powoli, cierpliwie i z ogromną dbałością o szczegóły.

Uwielbiam to, jak Harkness splata codzienność z magią. W jej świecie nadprzyrodzoność nie wydaje się czymś oderwanym od rzeczywistości. Jest jej naturalnym przedłużeniem. Magia współistnieje z historią, nauką, kulturą i rodzinnymi więzami. Dzięki temu wszystko wydaje się bardziej autentyczne.

Największą siłą tej książki pozostają jednak bohaterowie.

To nie są postacie, które stoją w miejscu. Każda rozmowa, każda decyzja i każde spotkanie coś w nich zmienia. Ich rozwój nie jest gwałtowny ani wymuszony. Jest spokojny, momentami wręcz subtelny, ale właśnie dlatego tak wiarygodny.

Bardzo podoba mi się również to, że autorka nie tworzy świata podzielonego na dobro i zło. Tutaj niemal każdy nosi w sobie własne lęki, własne błędy i własną historię. Dzięki temu trudno kogokolwiek jednoznacznie ocenić. A ja właśnie takie książki lubię najbardziej – takie, które zostawiają miejsce na refleksję.

Czy tempo jest wolniejsze? Tak. I wiem, że dla części czytelników będzie to największa wada tej książki. Dla mnie okazało się jej ogromnym atutem.

W czasach, gdy wiele historii opiera się na nieustannych zwrotach akcji, dobrze było przeczytać powieść, która pozwala zatrzymać się na chwilę. Zauważyć gest, spojrzenie, niedopowiedziane zdanie. To właśnie z takich drobiazgów Harkness buduje napięcie.

Ogromne wrażenie zrobił na mnie również język. Jest elegancki, obrazowy i bardzo dojrzały. Nie epatuje patosem, ale potrafi stworzyć niezwykle gęsty klimat. Czytając, miałam wrażenie, że nie tylko obserwuję wydarzenia, ale naprawdę znajduję się obok bohaterów.

Nie jest to książka, którą pochłania się w jeden wieczór. To książka, którą się smakuje. Taka, do której chce się wracać nie dlatego, że zapomniało się fabułę, ale dlatego, że tęskni się za atmosferą.

Czy jest to książka dla każdego? Nie. Jeżeli oczekujecie nieustannej akcji, walk i zwrotów wydarzeń co kilka stron, możecie poczuć niedosyt.

Ale jeśli lubicie historie, które rozwijają się niespiesznie, stawiają na relacje, budują świat z niezwykłą precyzją i zostawiają po sobie więcej pytań niż odpowiedzi, „Przemiana” ma szansę Was całkowicie oczarować.

To jedna z tych książek, które przypominają mi, dlaczego tak bardzo kocham fantastykę. Nie za magię. Nie za niezwykłe stworzenia. Tylko za to, że potrafi opowiadać o najbardziej ludzkich emocjach w sposób, którego realizm często nie potrafi oddać.

I właśnie dlatego, po zamknięciu ostatniej strony, zamiast poczucia końca miałam tylko jedną myśl: Już tęsknię za tym światem.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

"Srebro i krew" Jessie Mihalik

 


W zamku pełnym tajemnic, otoczonym zdradliwym lasem, między dwojgiem magów pojawia się iskra pożądania - a potem coś więcej. Im bardziej odkrywają magię Rieli, tym wyraźniejsze staje się jedno: to ona może ocalić królestwo Garricka. Albo je ostatecznie zniszczyć.

Nie ukrywam – mam ogromną słabość do historii, które potrafią połączyć świetnie wykreowany świat z bohaterami, o których myślę jeszcze długo po zamknięciu książki. I właśnie takie wrażenie zostawiło po sobie „Srebro i krew”.

Już od pierwszych stron czuć, że autorka wie, dokąd prowadzi swoją historię. Nie zasypuje czytelnika ogromem informacji o świecie czy polityce. Zamiast tego stopniowo odkrywa kolejne elementy układanki, dzięki czemu nie miałam poczucia zagubienia, a wręcz przeciwnie – z każdą stroną coraz bardziej chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej.

Ogromnym atutem tej książki są bohaterowie. Nie są papierowi ani przewidywalni. Każdy ma własne cele, własne tajemnice i powody, dla których podejmuje konkretne decyzje. Bardzo lubię, gdy postacie nie są ani idealnie dobre, ani jednoznacznie złe – i tutaj właśnie to dostałam. Dzięki temu łatwo było mi się w tę historię emocjonalnie zaangażować.

Na osobne wyróżnienie zasługują dialogi. Są błyskotliwe, naturalne i często przełamują napięcie dobrze wyważonym humorem. To właśnie dzięki nim relacje między bohaterami rozwijają się wiarygodnie. Nie ma tutaj wrażenia, że uczucia pojawiają się znikąd – wszystko budowane jest stopniowo, co bardzo sobie cenię.

A skoro o relacjach mowa… romans jest obecny, ale nie dominuje całej fabuły. Jest dodatkiem, który wzmacnia historię, a nie jedynym powodem jej istnienia. Dla mnie to ogromny plus.

Akcja praktycznie cały czas trzyma tempo. Kiedy wydawało mi się, że mogę na chwilę odłożyć książkę, pojawiał się kolejny zwrot wydarzeń albo nowa informacja, która sprawiała, że czytałam „jeszcze tylko jeden rozdział”… i jak zwykle skończyło się na kilku.

Czy książka ma wady? Oczywiście. Chętnie spędziłabym więcej czasu z niektórymi postaciami drugoplanowymi, bo kilka z nich miało naprawdę duży potencjał. Momentami miałam też ochotę jeszcze głębiej wejść w polityczne intrygi i lepiej poznać mechanizmy rządzące tym światem. Ale to są raczej oznaki tego, że chciałam dostać tej historii po prostu więcej.

To jedna z tych książek, które przypominają, dlaczego tak bardzo lubię czytać, a powodem jest to, że w centrum zawsze stoją ludzkie emocje, lojalność, zaufanie i wybory, które mają swoje konsekwencje.

Jeśli szukacie książki, która łączy dworskie intrygi, dobrze napisanych bohaterów i historię, od której trudno się oderwać, to „Srebro i krew” zdecydowanie warto dopisać do swojej listy.

A teraz przyznajcie się… czy tylko ja mam tak, że po naprawdę dobrej książce przez kilka dni żadna kolejna nie wydaje się wystarczająco dobra? 

wtorek, 9 czerwca 2026

"287 najdziwniejszych faktów o seryjnych mordercach" Jack Rosewood

 Przekonaj się, czym jeszcze mogą Cię zaskoczyć seryjni mordercy z całego świata!

Autor Wielkiej księgi seryjnych morderców powraca ze zbiorem nieoczywistych ciekawostek ze świata true crimen, które zaskoczą niejednego miłośnika makabrycznych historii.

Jeśli tak jak Ja uwielbiacie taką tematykę, to książka jest definitywnie dla Was! Dużo informacji w niej zawartej Ja już znałam, ale kilka mnie zaskoczyło. Jednakże dla kogoś z Was mogą być to nowe ciekawostki.

Autor ciekawostki przedstawia poprzez odpowiedź na zadane pytanie - przykładowo: 

Który seryjny morderca polował na ludzi dla sportu? Był nim Robert Hansen, pochodził z Alaski, porywał kobiety i wypuszczał je w lasach, żeby na nie polować. 

Który znany truciciel rozpoczął swoją "karierę" już jako nastolatek? Uważa się Grahama Younga, który w wieku 13 lat posiadał ogromną wiedzę na temat trucizn i udało mu się uzyskać z apteki arsen, którym później truł rodzinę.

W książce znajdziemy mnóstwo takich ciekawostek, które docenią osoby będące na początku drogi wejścia w ten klimat. Pozwoli im stwierdzić czy są w stanie czytać o takich tematach i nie mieć odruchów wymiotnych. 

środa, 3 czerwca 2026

"Ballada o spadających smokach" II tom. Sarah A. Parker

 


Raeve nadal płonie żądzą zemsty. I nadal płonie z miłości do Kaana Vaegora. Gdy dowiaduje się, że świat czeka najbardziej niszczycielski jak dotąd upadek księżyców, będzie musiała zdecydować, którą ścieżkę wybierze - śmierci, a może życia?
Kaan jest zdesperowany, by chronić swoje królestwo przed zagładą. Rozsyła wici rozproszonym przyjaciołom i bliskim, ale wciąż nie ma odpowiedzi  - a czas ucieka. Oboje próbują ratować świat, któremu grozi koniec, i jednocześnie odpierać wrogów knujących krwawe intrygi. Ale najtrudniejsze, z czym przyjdzie się im zmierzyć, to tajemnica kryjąca się w przeszłości Raeve...

Niestety nie porwała mnie ta część. Zbyt mi się dłużyła, a do tego przez długi czas nie mogłam się przyzwyczaić do stylu pisania autorki. Mamy tutaj więcej smoków. które mogą opowiedzieć swoją historię. Oprócz smoków mamy tutaj rozwiązanie niektórych nieścisłości. Momentami miałam wrażenie, że się pogubiłam i nie wiedziałam w jakim miejscu w historii się znajduję, ale to wina przeplatania autorki z niejednoznacznym zaznaczeniem tego na osi czasu.

Najbardziej zaciekawiła mnie końcówka. Te ostatnie 80 stron, albo nawet 40 dało mi o wiele więcej satysfakcji z czytania niż poprzednie strony. Co do naszych bohaterów - ich relacja jest burzliwa, emocjonalna i pełna namiętności. Chociaż środek uczy nas o próbach walki zapomnienia o raniącej przeszłości, która i tak zawsze znajdzie miejsce by wrócić i przejąć kontrolę. Miłość jest także energią, która napędza Nas do dokonania rzeczy niemożliwych i zbytnio nieosiągalnych, ale dzięki niej stają się możliwe i osiągalne. 

niedziela, 24 maja 2026

"Pokaż światu swoją twórczość. Przewodnik po budowaniu marki osobistej w social mediach." Dawid Lewandowski

Pojawienie się mediów społecznościowych zmieniło nasz świat. Wpłynęło rzecz jasna także na osoby, które mają coś do przekazania innym. Twórcy zyskali wirtualną przestrzeń, w której mogą się przedstawić, zaprezentować siebie i podzielić się tym, czym "zawodowo żyją. Odpowiednio użyte social media mogą się okazać prawdziwym sprzymierzeńcem. Trzeba się tylko nauczyć efektywnie z nich korzystać.

Książka ta nie jest typowym poradnikiem, możemy w niej znaleźć dużo przydatnych informacji oraz pytań do zastanowienia się. Otrzymaliśmy 7 rozdziałów, które mówią o innych konkretnych rzeczach, a każda z nich jest zakończona kilkoma ćwiczeniami i pytaniami. Końcowe ćwiczenia i pytania pozwalają inaczej spojrzeć na już prowadzone swoje konto i sprawdzić jak bardzo wpisujemy się w to o czym pisze autor.

Autor pokazuje nam także stronę psychologiczną tworzenia w sieci i jak się z tym możemy czuć. Oczywiście nasz komfort w publikowaniu w sieci jest najważniejszy. Niestety istnieje ryzyko, że spotkamy się z hejtem bądź krytyką.

Treść książki pokazuje nam jak bardzo powinniśmy być naturalni i autentyczni w tym co publikujemy. Nikt z Nas nie chce oglądać sztuczności, robienia czegoś na pokaz. I to jest główne przesłanie autora - bycie sobą i pokazanie siebie takim jakim się jest.

czwartek, 14 maja 2026

"Mamuna" Krystian Stolarz

Komisarz Sokół zostaje warunkowo przywrócony do służby i wysłany do Nawidowa, gdzie zmowa  milczenia kryje sprawcę. Tu każdy nowy jest obcy, a mieszkańcy zamykają przed nim drzwi, usta i duszę. Tajemniczy przestępca ma jeszcze jedną potężną broń - legendy. W Nawidowie zła nie czyni człowiek, lecz słowiański demon - mamuna, leszy, szeptucha, wieszczy, a może sam diabeł. Według mieszkańców to demony stoją za ich tragedią, dlatego by ich bardziej nie rozzłościć, akceptują swój los. Chodź dzieją się niepokojące rzeczy, nikt nie prosi o pomoc.

No nie spodziewałam się takiego środka! Osobiście jest bardzo zachwycona. Pomijając udział w grze poprzedzającej możliwość wytypowania Mamuny i osoby z wyrzutków. Świetnie się bawiłam, ale do końca nie udało mi się wytypować poprawnie osób. 

Ale wróćmy do środka książki - jeśli ktoś szuka bardzo dobrych 500 stron intensywnej historii o małej wiosce, w której wierzenia wiodą prym to jest książka dla Ciebie. Bardzo lubię takie połączenia w książkach - wierzenia, zmowa milczenia, tajemnicze zniknięcia. 

Zło, które został nazwane, czy zło, które zostało stworzone?

Nasz Komisarz stanął przed bardzo dużym wyzwaniem, a do tego odszedł od swojej rodziny po tragedii, która niedawno się wydarzyła i skutkami swojej decyzji. Początkowo bardzo zdystansowanie podchodził do swojego zespołu, ale widzimy, że w późniejszym czasie i oni się do niego przekonują, tak samo jak i on do nich. Nawiązują ze sobą jakąś więź i zaczynają ze sobą współpracować. Oczywiście każdy z nich ma swoje tajemnice. Bo kto ich nie ma? Czasami żyjemy w podwójnym życiu. Pokazujemy innym to co chcemy im pokazać, a nie to co się naprawdę u nas dzieje. Czasami dokonujemy decyzji, które mogą być katastrofalne w skutkach, ale w danym momencie były najlepszym wyborem. Dajemy się ponieść emocjom danej chwili, a skutkami będziemy się martwić później. Identyczna zależność istnieje w tej książce. Stare krzywdy, które odbijały się na ludności z wioski przez dekadę. Ale czy to tylko trwało przed dekadę? A może będzie trwało jeszcze dłużej? Przekonacie się czytając książkę i wyciągając wnioski. Ja swoje wyciągnęłam, ale czuję, że to nie koniec. Jeszcze wrócimy do tej wioski i jej zawiłości.

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia