środa, 30 września 2026

"Skąd Cię znam?" Paweł Leśniak, Tom III


 Na terenie Warszawy działa grupa przestępcza zajmująca się handlem ludźmi. Podkomisarz Irena Adamczuk od półtora roku próbuje rozpracować jej struktury. Gdy naczelnik daje jej zaledwie dwa tygodnie na osiągnięcie przełomu, przyszłość policjantki w wydziale kryminalnym staje pod znakiem zapytania.

Wtedy na korytarzu komisariatu spotyka przerażoną Martę. Dziewczyna jest przekonana, że ktoś chce ją zabić. Brak namacalnych dowodów sprawia, że nikt nie traktuje jej słów poważnie. Podkomisarz wie, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuje, jest kolejna sprawa, szczególnie taka, w którą sama nie potrafi uwierzyć. Mimo to decyduje się jej pomóc. Tymczasem w prowadzonym od miesięcy dochodzeniu pojawia się nowy trip, który może zmienić wszystko.

A jeśli koszmar, który pamiętasz tylko ze snu, wydarzył się naprawdę? 

Są takie kryminały, które wciągają nas zagadką. Są też takie, które sprawiają, że zaczynamy kwestionować wszystko — własne przypuszczenia, pozornie oczywiste fakty, a nawet to, co wydawało nam się pewne. „Skąd Cię znam?” Pawła Leśniaka zdecydowanie ma w sobie coś z tej drugiej kategorii.

Przyznaję, właśnie takie historie lubię najbardziej. Kiedy autor nie podaje wszystkiego na tacy, a ja mogę razem z bohaterami zbierać okruchy informacji, analizować poszlaki i próbować połączyć elementy układanki.

Tutaj niepewność towarzyszy nam niemal na każdym kroku. Gdy wydaje się, że zaczynamy rozumieć sytuację, pojawia się kolejny trop i znów trzeba zweryfikować swoje podejrzenia. A ja oczywiście musiałam spróbować rozgryźć tę zagadkę przed bohaterami. Bo przecież po co czytać kryminał spokojnie, skoro można podejrzewać każdego? 

Na uwagę zasługuje również sama Irena Adamczuk. To policjantka, która musi mierzyć się nie tylko z trudnym śledztwem, ale także z presją czasu i zawodową niepewnością. Nie ma komfortu spokojnego analizowania każdego szczegółu. Stawka jest wysoka, a konsekwencje błędów mogą być poważne.

W tle mamy temat handlu ludźmi — trudny, bolesny i niestety pozbawiony tej bezpiecznej odległości, którą czasem daje nam fikcja. Za kryminalną zagadką kryją się ludzkie dramaty, strach i bezradność. I to sprawia, że tej historii nie odbiera się wyłącznie jako intelektualnej łamigłówki.

Podoba mi się również połączenie kryminału z subtelnym elementem paranormalnym. Motyw snów, niepokojących przeczuć i znajomości, której nie potrafimy wyjaśnić, dodaje całości tajemniczości. Pojawia się pytanie, czy wszystko można racjonalnie wytłumaczyć — i czy zawsze powinniśmy ufać temu, co podpowiada nam rozum. Bo co, jeśli czasem to, czego nie rozumiemy, jest właśnie najważniejszą wskazówką?

„Skąd Cię znam?” to trzeci tom cyklu o Irenie Adamczuk, ale historia prowadzi nas przez nowe śledztwo, więc można się w nią zaangażować również bez znajomości poprzednich części. To kryminał dla osób, które lubią tajemnice, nieoczywiste tropy i bohaterów postawionych pod ścianą. Dla tych, którzy podczas lektury co chwilę zmieniają teorię, a po zakończeniu nadal analizują w głowie poszczególne wydarzenia. Czy wszystko zagrało u mnie idealnie? Nie będę udawać, że każda książka musi być bezbłędna, żeby sprawić czytelniczą przyjemność. Tutaj jednak sama zagadka i atmosfera niepewności są tym, co szczególnie zachęca do lektury.

Paweł Leśniak ponownie zabiera czytelnika w mroczną historię, w której prawda niekoniecznie znajduje się tam, gdzie początkowo jej szukamy. A tytułowe pytanie zostaje z nami na dłużej. Bo czasem najbardziej niepokojące nie jest to, że kogoś nie znamy.

Tylko to, że mamy wrażenie, jakbyśmy znali go od zawsze… i nie potrafimy powiedzieć dlaczego.

A Wy? Lubicie kryminały, w których pojawiają się wątki paranormalne, sny i przeczucia? Czy wolicie historie, w których wszystko da się wyjaśnić logicznie? Dajcie znać! 

czwartek, 24 września 2026

"Aeternum" Jamie Applegate Hunter

 

Skazana za morderstwo Rory Raven została nieoczekiwanie, zaledwie po kilku miesiącach odbywania kary, zwolniona z więziennej krainy Vincula. Nagle znalazła się w Erdikoa, ale nie mogła nikomu powiedzieć o swoim uwolnieniu. I zabrano jej wspomnienia z czasu, który spędziła w Vinculi. Powinna być zadowolona, przecież wróciła do domu. Ale.. coś było bardzo nie tak. Czegoś jej było brak. A może kogoś? Jej rzeczywistość nagle stała się jakby inna. Do tego miała sny, w których widziała mordercę swojej siostry Cory. Ten przekonywał ją, że jest niewinny. Rory wiedziała, że powinna go nienawidzić. W tej całej układance brakowało jakiegoś elementu. Już wkrótce dziewczyna zdała sobie sprawę, że musi odzyskać wspomnienia z Vinculi.

Niektóre więzi są silniejsze niż pamięć. Nawet wtedy, gdy nie pamiętasz już, kogo kochasz. Są takie historie, w których miłość nie jest pięknym, prostym uczuciem. Jest tęsknotą, bólem, walką i gotowością, by przekroczyć granice, których wcześniej nie odważylibyśmy się nawet dotknąć.

Drugi tom cyklu Przeklęte królestwo Vinculi zabiera nas z powrotem do świata Rory Raven i Caiusa. Tyle że tym razem wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane.

Rory wraca do Erdikoi, ale nie pamięta tego, co wydarzyło się w Vinculi. Nie pamięta króla Umbry. Nie pamięta ich wspólnej historii. A jednak gdzieś głęboko pozostaje poczucie, że czegoś jej brakuje. I chyba właśnie ten motyw poruszył mnie najbardziej. Bo co zostaje z miłości, kiedy odbiera się nam wspomnienia? Czy uczucie może przetrwać, jeśli rozum nie potrafi już wskazać osoby, za którą tęskni serce? Czy można odnaleźć kogoś, kogo nie pamięta się nawet w najskrytszych zakamarkach własnej duszy?

Jamie Applegate Hunter ponownie zabiera nas do mrocznego, magicznego świata, w którym przeznaczenie, klątwy, dawne konflikty i konsekwencje wcześniejszych decyzji nie pozwalają bohaterom po prostu odetchnąć. A kiedy do tego dochodzi tajemnica i niebezpieczeństwo, szybko okazuje się, że powrót do domu wcale nie oznacza końca problemów.

Rory nie jest bohaterką, którą łatwo zamknąć w jednej kategorii. Ma w sobie mrok, gniew i ciężar przeszłości. Nie zawsze podejmuje decyzje, które można zrozumieć czy zaakceptować, ale właśnie to sprawia, że trudno przejść obok niej obojętnie. A Caius to postać, przy której szczególnie mocno wybrzmiewa temat tęsknoty. Bo jak walczyć o kogoś, kto nie pamięta, że kiedykolwiek byłeś częścią jego życia? Jak odbudować więź, której druga osoba nie potrafi sobie przypomnieć? Ich relacja jest pełna emocji, napięcia i tej charakterystycznej dla romantasy intensywności. Jest w niej coś pięknego, ale też bolesnego — świadomość, że miłość nie zawsze wystarczy, by naprawić wszystko, co zostało zniszczone.

I choć romans odgrywa tutaj ważną rolę, „Aeternum” nie opiera się wyłącznie na uczuciach. To również opowieść o pamięci, winie, poświęceniu i cenie, jaką płacimy za własne wybory.

Czy wszystko mi się podobało? Nie do końca.

Przy tak obszernej historii zdarzały się momenty, w których miałam ochotę, żeby akcja ruszyła trochę szybciej. Niektóre wątki mogłyby być poprowadzone bardziej dynamicznie, a finał pozostawił we mnie pewien niedosyt. Mimo to nie przekreśla to emocji, które towarzyszyły mi podczas lektury.

Bo kiedy ta historia trafia w odpowiedni punkt, trudno pozostać wobec niej obojętną.

„Aeternum” to historia o tym, że czasem można stracić pamięć o drugiej osobie, ale niekoniecznie utracić to, co nas z nią łączy.

Czy wierzycie w miłość, która potrafiłaby przetrwać nawet utratę wspomnień? A może bez wspólnej przeszłości trudno mówić o prawdziwej więzi?

środa, 2 września 2026

"Kocham cię, zrób mi przelew. Historie o miłości, która kosztowała miliony, zdrowie, a nawet życie" Klaudia Ziółkowska


 Te historie zaczynają się tam, gdzie wiele osób było choć raz- od wiadomości, która przyszła niespodziewanie. Ktoś napisał pierwszy. Ktoś był czuły, uważny, obecny. Słuchał. Rozumiał. Mówił dokładnie to, co chcieliśmy usłyszeć, i o tym, czego nam brakowało. I sprawił, że po raz pierwszy od dawna pojawiła się nadzieja, że to może by "to".

„Kocham Cię, zrób mi przelew.” Brzmi absurdalnie? A teraz wyobraź sobie, że najpierw przez kilka tygodni ktoś pisze do Ciebie codziennie. Pyta, jak minął Ci dzień. Pamięta drobiazgi. Wie, czego się boisz. Mówi dokładnie to, czego od dawna potrzebujesz usłyszeć. Jesteś ważna. Jesteś wyjątkowa. W końcu ktoś Cię naprawdę rozumie. A potem pojawia się prośba. Najpierw niewielka. Potem kolejna. I jeszcze jedna. I nagle okazuje się, że to nie była historia o miłości. To była historia o manipulacji.

To jedna z tych książek, przy których bardzo trudno powiedzieć: „Mnie by to nie spotkało”. Bo właśnie na tym polega jej siła. Autorka nie pokazuje osób, które dały się oszukać jako naiwnych ludzi, którzy „sami są sobie winni”. I całe szczęście. Bo ofiarą nie zostaje się dlatego, że jest się głupim. Można być inteligentną, rozsądną osobą. Można dobrze radzić sobie w życiu. Można znać zasady bezpieczeństwa. Można ostrzegać innych przed oszustwami. A jednocześnie bardzo potrzebować bliskości. I właśnie tę potrzebę ktoś może wykorzystać.

Ta książka boli również dlatego, że pokazuje, jak cienka potrafi być granica między „komuś ufam” a „ktoś przejął kontrolę nad moimi emocjami, decyzjami i pieniędzmi”. Nie ma tutaj prostego: „Jak mogła tego nie zauważyć?” Jest za to pytanie: Jak to możliwe, że ktoś potrafi tak dobrze udawać miłość? I jeszcze trudniejsze: Czy my naprawdę potrafimy rozpoznać moment, w którym troska zamienia się w manipulację?

Szczególnie dziś, kiedy relacje coraz częściej zaczynają się w internecie, a technologia pozwala tworzyć przekonujące fałszywe profile, zdjęcia, głosy czy całe historie. „Kocham Cię, zrób mi przelew” nie jest więc tylko książką o pieniądzach. To książka o samotności. O zaufaniu. O potrzebie bycia dla kogoś ważną. O wstydzie. O przekraczaniu granic krok po kroku. I o tym, że oszustwo nie zawsze zaczyna się od pieniędzy.

To zdecydowanie jedna z tych książek, które chciałabym, żeby przeczytało jak najwięcej osób. Nie po to, żeby bać się ludzi.

Po to, żeby lepiej rozumieć mechanizmy manipulacji i nie wstydzić się poprosić o pomoc, kiedy coś zaczyna być nie tak. Bo czasem największym sygnałem ostrzegawczym nie jest prośba o przelew. Tylko moment, w którym zaczynasz czuć, że musisz coś zrobić, żeby zasłużyć na czyjąś miłość. I właśnie wtedy warto się zatrzymać. Zapytać. Sprawdzić. Porozmawiać z kimś zaufanym.Bo miłość nie powinna kosztować Cię spokoju, bezpieczeństwa ani całego życia. 

A Wy?

Czy czytaliście książki o oszustwach emocjonalnych i manipulacji? Która zrobiła na Was największe wrażenie?

niedziela, 23 sierpnia 2026

"Baśnie i bajki o kotach" Jacek Kabat



 Koty od zawsze intrygowały człowieka, wymykając się prostym definicjom i balansując pomiędzy światłem a cieniem. Historie o nich stanowią zaproszenie do zagadkowego i tajemniczego świata.

Mam teorię. Koty od zawsze wiedziały o świecie trochę więcej niż my. Nie mam na to żadnych dowodów. Ale po przeczytaniu „Baśni i bajek o kotach” Jacka Kabata jestem jeszcze bardziej przekonana, że coś jest na rzeczy. Bo wystarczy obserwować kota przez kilka minut. Siedzi. Patrzy. Nagle patrzy w miejsce, w którym absolutnie niczego nie ma. Potem spokojnie odchodzi, jakby właśnie zakończył bardzo ważne spotkanie. A człowiek oczywiście zaczyna się zastanawiać: „Co on tam zobaczył?” I chyba właśnie ta kocia tajemnica od wieków fascynowała ludzi.

Kot nigdy nie był dla nas tylko zwierzęciem. Bywał sprzymierzeńcem. Bywał symbolem szczęścia. Bywał bohaterem opowieści. Bywał sprytnym oszustem. Mędrcem. Towarzyszem. Ale bywał też stworzeniem, któremu przypisywano rzeczy zdecydowanie bardziej niepokojące.

To książka, która okazała się dla mnie czymś znacznie więcej niż zbiorem kocich opowieści. To podróż przez ludzką wyobraźnię. Przez dawne wierzenia, przesądy, podania, bajki i przysłowia. Przez czasy, w których ludzie próbowali wytłumaczyć sobie rzeczy, których nie rozumieli. Bo pomyślcie tylko. Kot widzi w ciemności. Porusza się niemal bezszelestnie. Potrafi nagle zniknąć za rogiem. Ma własne zdanie na temat tego, kiedy człowiek może go dotknąć. I absolutnie nie widzi powodu, żeby tłumaczyć nam swoje decyzje.

Czy naprawdę dziwi więc fakt, że przez wieki przypisywano mu niemal magiczne właściwości? Kabat pokazuje, jak zmieniało się postrzeganie kota – od fascynacji i niemal boskiego kultu po strach, podejrzliwość i łączenie go z czarną magią.

I właśnie ta zmienność jest jednym z najciekawszych elementów książki. Bo kot w tych opowieściach nigdy nie jest jednoznaczny. Raz jest bohaterem, któremu kibicujemy. Innym razem cwaniakiem, który próbuje przechytrzyć wszystkich dookoła. Czasem pojawia się jako stworzenie tajemnicze i niemal demoniczne. A czasami po prostu zachowuje się…jak kot.

Bardzo spodobała mi się różnorodność zgromadzonych historii. Znajdziemy tutaj dawne bajki i baśnie, podania ludowe, opowieści o zabobonach i gusłach, a także przysłowia i porzekadła związane z kotami. Wśród nich pojawiają się zarówno historie zabawne, jak i zdecydowanie bardziej mroczne.

I to sprawia, że tę książkę można czytać na wiele sposobów. Można potraktować ją jako ciekawostkową podróż przez historię. Można szukać w niej śladów dawnych wierzeń. Można czytać ją dla samych opowieści. Można odkrywać, skąd wzięły się niektóre przesądy. Albo – tak jak ja – co chwilę zatrzymywać się i myśleć: „Serio kiedyś w to wierzono?”

A potem przypomnieć sobie, że współcześnie również mamy mnóstwo przesądów, które dla przyszłych pokoleń mogą być równie fascynujące. 

Jedną z rzeczy, które szczególnie doceniam, jest właśnie pokazanie, że dawne opowieści mówią nie tylko o kotach.

Mówią przede wszystkim o nas. O naszych lękach. O tym, czego nie rozumiemy. O potrzebie wyjaśniania świata. O próbie oswojenia tego, co tajemnicze. I o tym, jak łatwo stworzyć historię wokół czegoś, czego nie potrafimy sobie wytłumaczyć. Kot jest tutaj trochę lustrem. W zależności od tego, kto na niego patrzy, może być symbolem szczęścia albo nieszczęścia. Opiekunem albo zagrożeniem. Sprytnym bohaterem albo stworzeniem, którego lepiej unikać. I chyba właśnie dlatego przez tyle stuleci nie przestawał fascynować ludzi.

A Wy wolicie w książkach o kotach bardziej folklor i dawne wierzenia, czy zabawne kocie historie?

środa, 12 sierpnia 2026

"Typy osobowości. Jak rozwijać kompetencje osobiste i lepiej porozumiewać się z ludźmi" Tomasz Sędzimir

 

Rozpoznawanie typów osobowości to ważna umiejętność w świecie biznesu i w codziennych relacjach międzyludzkich. Zdolność szybkiej diagnozy charakteru rozmówcy staje się kluczową kompetencją w negocjacjach, zarządzaniu zespołem, a także budowaniu skutecznych relacji zawodowych i osobistych.

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego z jednymi ludźmi możemy rozmawiać godzinami, a z innymi nawet najprostsza rozmowa potrafi zamienić się w małe pole bitwy? Dlaczego jedna osoba potrzebuje konkretów, druga chce najpierw wszystko dokładnie przemyśleć, ktoś reaguje spontanicznie, a ktoś inny potrzebuje czasu, żeby w ogóle odpowiedzieć? Czy problem rzeczywiście zawsze leży w tym, jak ktoś się zachowuje, czy może czasami w tym, że próbujemy rozmawiać z nim dokładnie tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani?

Właśnie na te pytania próbuje odpowiedzieć autor książki. I przyznam, że lubię książki, które nie kończą się na teorii. Bo samo przeczytanie, że istnieją różne typy osobowości, niewiele zmieni, jeśli następnego dnia nadal będziemy reagować na ludzi dokładnie tak samo jak wcześniej. Tutaj teoria jest raczej początkiem. Autor pokazuje dwa modele rozumienia osobowości – klasyczny system temperamentów Hipokratesa-Galena oraz model Wielkiej Piątki. Do tego dochodzą sposoby rozpoznawania cech, wskazówki dotyczące komunikacji, ćwiczenia, test osobowości, studia przypadków i propozycje pracy nad własnymi kompetencjami.

I właśnie ta praktyczna strona książki była dla mnie najciekawsza. Bo bardzo łatwo jest powiedzieć:„On jest po prostu taki.”, „Ona zawsze musi mieć rację.”, „Z nim nie da się dogadać.”, „Ona wszystko bierze do siebie.” Tylko że takie etykiety niewiele nam dają. Znacznie ciekawsze jest pytanie: „Co mogę zrobić, żeby lepiej zrozumieć tę osobę?” I jeszcze trudniejsze: „Co mogę zrobić, żeby sama lepiej rozumieć siebie?”

Bo mam wrażenie, że właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa wartość tej książki. Nie od próby naprawiania innych. Od przyjrzenia się sobie. Swoim reakcjom. Swojemu sposobowi komunikowania. Temu, jak zachowujemy się pod presją. Jak podejmujemy decyzje. Jak reagujemy na krytykę. Jak słuchamy. A czasami przede wszystkim – jak bardzo jesteśmy przekonani, że to my mamy rację. To ostatnie jest chyba jedną z trudniejszych lekcji, jakie można wynieść z książek o komunikacji. Bo przecież łatwo zauważyć, że ktoś jest uparty. Trudniej zauważyć własny upór. Łatwo powiedzieć, że ktoś nie słucha. Znacznie trudniej przyznać, że sami czasami tylko czekamy na swoją kolej, żeby odpowiedzieć.

Dostajemy narzędzia, które mają pomóc lepiej rozpoznawać różnice między nami i odpowiednio do nich dopasowywać sposób komunikacji. Książka porusza również temat uczenia i motywowania ludzi, relacji zawodowych oraz prywatnych.

Mamy doświadczenia, emocje, historię, przekonania, aktualną sytuację i mnóstwo rzeczy, których żaden model nie jest w stanie w pełni uchwycić.

Dlatego największą wartość widzę tutaj nie w samym przypisywaniu ludzi do określonych kategorii, ale w zwiększaniu uważności na drugiego człowieka. W zatrzymaniu się przed oceną. W zadaniu pytania zamiast założenia. W próbie zrozumienia, zanim zaczniemy odpowiadać. I chyba właśnie tego najbardziej potrzebujemy w codziennych relacjach. Nie kolejnych sposobów na to, jak skuteczniej przekonać innych do swojego zdania. Tylko sposobów na to, jak naprawdę się usłyszeć.

A Wy?

Lubice książki o osobowości i komunikacji? Czy macie wrażenie, że czasami takie typologie pomagają lepiej rozumieć ludzi, a czasami… za bardzo próbują włożyć nas do szufladek?

Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń. 

wtorek, 4 sierpnia 2026

"Wojna niepamięci" qntm

 

Ludzkość padła ofiarą ataku złowrogich antymemów- idei uderzających w pamięć, tożsamość i samą tkankę rzeczywistości. Antymemy są wszędzie wokół nas. Jeden z nich może być teraz tuż obok ciebie. Być może go widzisz, ale za sekundę nie będziesz o tym pamiętał.

A gdyby istniał wróg, którego nie można zobaczyć? Nie dlatego, że jest niewidzialny. Tylko dlatego, że nie jesteś w stanie go zapamiętać. Brzmi jak początek bardzo dobrego horroru? Bo właśnie tym dla mnie była „Wojna niepamięci” – książką, która nie tylko opowiada o czymś przerażającym, ale sprawia, że zaczynasz podejrzliwie patrzeć na własny umysł. I chyba właśnie to było w niej najbardziej niepokojące.

Ludzkość prowadzi wojnę z antymeme­tycznymi zagrożeniami. Problem polega na tym, że antymemy są czymś więcej niż zwykłym przeciwnikiem. Ich największą bronią jest to, że wymykają się pamięci, świadomości i możliwości przekazania informacji dalej.

Wiesz, że coś jest nie tak. Tylko... nie pamiętasz co. I już samo to założenie jest genialne. Bo jak walczyć z czymś, czego nie potrafisz opisać? Jak ostrzec innych, skoro za chwilę zapomnisz, przed czym właściwie ich ostrzegałaś? Jak zaufać własnym wspomnieniom, kiedy zaczynasz podejrzewać, że ktoś albo coś może je zmieniać?

I tutaj qntm robi coś naprawdę ciekawego. Nie daje czytelnikowi wygodnego miejsca, z którego można bezpiecznie obserwować wydarzenia. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że przez całą książkę autor delikatnie podsuwa pytanie:

„A skąd właściwie wiesz, że to, co pamiętasz, jest prawdą?”

I nagle zwykłe zapominanie zaczyna wydawać się czymś znacznie bardziej złowrogim. Bo przecież wszyscy zapominamy. Imię osoby, którą poznaliśmy wczoraj. Dlaczego weszliśmy do kuchni. Gdzie odłożyliśmy telefon. Czasem zapominamy ważne rozmowy, twarze, wydarzenia.

Ale co, jeśli istnieje coś, co chce, żebyś zapomniała?

I co, jeśli nawet nie będziesz wiedzieć, że o czymś zapomniałaś?

To właśnie ten rodzaj grozy, który działa na mnie zdecydowanie mocniej niż potwór wyskakujący zza drzwi. Bo potwora można zobaczyć. Można przed nim uciec. Można się schować. A przed czymś, czego nie potrafisz nawet zachować w pamięci? No właśnie.

„Wojna niepamięci” jest bardzo specyficzną książką. I mówię to jako komplement. To nie jest klasyczne science fiction, które prowadzi nas przez technologię, futurystyczne światy i wielkie kosmiczne konflikty. To połączenie science fiction, horroru, zagadki i filozoficznego niepokoju. Momentami dziwne. Momentami chaotyczne. Momentami naprawdę przerażające. Ale przede wszystkim – bardzo oryginalne.

Autor bawi się również samą formą opowieści. Pojawiają się raporty, dokumenty, fragmenty informacji i elementy, które sprawiają, że czytelnik musi sam składać historię z rozsypanych kawałków. Nie wszystko zostaje podane na tacy. I dobrze. Bo gdyby wszystko było jasne, ta książka straciłaby sporą część swojego uroku. Czytałam i próbowałam sobie poukładać wszystko w głowie.

A potem zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie próbuję poukładać czegoś, czego nie powinnam pamiętać. 😉 I właśnie wtedy dotarło do mnie, że „Wojna niepamięci” działa nie tylko jako historia. Ona jest trochę eksperymentem na czytelniku. Zmusza do obserwowania własnej percepcji. Do zastanowienia się nad pamięcią. Nad tym, co właściwie czyni nas nami. Bo jeśli odebrać człowiekowi wspomnienia, doświadczenia i wiedzę o własnej przeszłości…

ile z niego zostaje? I chyba właśnie ta warstwa książki została ze mną najdłużej. Pod warstwą horroru i antymeme­tycznych zagrożeń kryje się bowiem bardzo ludzka opowieść o pamięci. O relacjach. O stracie. O tym, jak ważne jest to, że pamiętamy ludzi, których kochamy. Bo czasami najbardziej przerażająca nie jest myśl: „Mogę umrzeć”. Tylko: „Mogę zapomnieć, że ktoś był dla mnie ważny.”I to jest myśl, która naprawdę potrafi zostać w głowie.

Czy książka jest idealna? Nie. Początek wciągnął mnie zdecydowanie mocniej niż niektóre późniejsze fragmenty. Bywa momentami zagmatwana i wymaga od czytelnika sporo uwagi. To zdecydowanie nie jest lektura typu „włączam autopilota i jadę”. Tutaj trzeba być obecnym. Trzeba łączyć fakty. Czasami zaakceptować, że nie wszystko rozumiemy. A czasami po prostu pozwolić historii poprowadzić się w miejsce, którego się nie spodziewaliśmy. I chyba właśnie dlatego tak dobrze ją zapamiętam. O ile oczywiście...ją zapamiętam.

„Wojna niepamięci” nie jest książką dla każdego. Ale jeśli lubicie historie dziwne, niepokojące i wymykające się prostym kategoriom – zdecydowanie dajcie jej szansę. Tylko uważajcie. Bo podobno antymemy są wszędzie. Może właśnie dlatego... nie pamiętamy, że je widzieliśmy.

A Wy?

Lubcie książki, które po przeczytaniu zostawiają Was z większą liczbą pytań niż odpowiedzi? Czy jednak wolicie, kiedy autor prowadzi Was pewnie od początku do końca?

I najważniejsze pytanie:

gdybyście mogły wymazać jedno wspomnienie ze swojej pamięci – zrobiłybyście to? 

niedziela, 26 lipca 2026

"Wyzwanie. Czerwona Królowa" Juan Gómez-Jurado

 


Dzięki nam masz szansę zostać kimś wyjątkowym. Zapomnij o przeżywaniu dwóch identycznych dni czy zastanawianiu się, co wydarzy się jutro.
Dołącz do czegoś wielkiego.

Przyznaję bez bicia... Sięgając po tę książkę, byłam przekonana, że rozwiążę większość zagadek. Przecież tyle thrillerów już przeczytałam. Tyle razy próbowałam wyprzedzić autora. Tyle razy udało mi się połączyć fakty przed bohaterami.

A potem otworzyłam „Wyzwanie. Czerwona Królowa. Zagadki dla wyjątkowych umysłów”.

I bardzo szybko okazało się, że ta książka potrafi sprowadzić czytelnika na ziemię. 

To nie jest zwykły zbiór łamigłówek. To zaproszenie do świata Antonii Scott – świata, w którym liczy się nie tylko wiedza, ale przede wszystkim uważność, logiczne myślenie, umiejętność dostrzegania szczegółów i... cierpliwość. I właśnie to spodobało mi się najbardziej.

Nie miałam poczucia, że rozwiązuję przypadkowe zagadki wrzucone do jednego tomu. Czułam, jakbym naprawdę uczestniczyła w treningu przygotowującym do pracy z Czerwoną Królową. Każde kolejne zadanie wymagało zmiany sposobu myślenia. Raz trzeba było zaufać logice. Innym razem intuicji. Czasem wystarczyło spojrzeć na problem z zupełnie innej perspektywy.

Brzmi prosto? Uwierzcie... tylko brzmi. Największą zaletą tej książki jest różnorodność.

Nie ma tutaj miejsca na monotonię. Jedne zagadki rozwiązujecie w kilkanaście sekund. Nad innymi można spędzić naprawdę sporo czasu. I właśnie wtedy zaczyna się najlepsza zabawa. Bo to nie jest książka, którą trzeba przeczytać od deski do deski. Można po nią sięgnąć na kwadrans przy porannej kawie. Można zabrać ją w podróż. Można rozwiązywać zagadki wspólnie z rodziną albo znajomymi i przekonać się, kto naprawdę ma detektywistyczny umysł. Albo... przekonać się, jak często własny mózg próbuje nas oszukać.

Bardzo podobało mi się to, że autor nie stawia wyłącznie na matematykę czy skomplikowane łamigłówki. Znajdziecie tu zadania wymagające obserwacji, dedukcji, analizy i kreatywnego myślenia. Dzięki temu książka ani przez chwilę nie staje się przewidywalna. Muszę jednak uczciwie przyznać, że kilka zagadek naprawdę wystawiło moją cierpliwość na próbę. Były momenty, kiedy byłam przekonana, że rozwiązanie mam tuż przed oczami. Nie miałam. I właśnie za to polubiłam tę książkę jeszcze bardziej.

Bo przypomina, że pierwsza odpowiedź wcale nie musi być właściwa. Czasem wystarczy zatrzymać się na chwilę, odrzucić najbardziej oczywisty trop i spojrzeć na problem jeszcze raz.

To świetna lekcja – nie tylko podczas rozwiązywania zagadek, ale również w codziennym życiu.

Jeżeli znacie serię „Czerwona Królowa”, znajdziecie tutaj mnóstwo smaczków, które sprawiają, że zabawa jest jeszcze przyjemniejsza. Jeśli natomiast dopiero poznajecie twórczość Juana Gómeza-Jurado, ta książka również może sprawić Wam sporo frajdy, choć zdecydowanie więcej radości będą mieli fani całego cyklu.

Czy poleciłabym tę książkę każdemu? Nie. Poleciłabym ją tym, którzy lubią, kiedy książka nie jest tylko bierną rozrywką. Tym, którzy czerpią przyjemność z analizowania, kombinowania i szukania odpowiedzi tam, gdzie na pierwszy rzut oka ich nie widać. To jedna z tych pozycji, które przypominają, że czytanie może być czymś więcej niż śledzeniem fabuły. Może być wyzwaniem. I przyznam, że bardzo lubię, kiedy książki właśnie takie wyzwania przede mną stawiają.

A Wy? Lubicie łamigłówki i zagadki logiczne, czy podczas lektury wolicie po prostu dać się porwać historii? A może zdarzyło Wam się kiedyś rozwiązać zagadkę przed wszystkimi? 

środa, 22 lipca 2026

"Wiedźma i mniszka" Monika Mackiewicz


 Wczesnośrednowieczna Polska. Stare słowiańskie wierzenia ustępują miejsca nowej chrześcijańskiej rzeczywistości, lecz dawne moce nie zamierzają odejść bez walki. Granica między światem ludzi a światem bogów staje się coraz bardziej krucha.

Są książki, które zabierają nas do świata pełnego magii. A są takie, które przypominają, że największa magia od zawsze tkwiła w opowieściach. „Wiedźma i mniszka” to właśnie jedna z nich.

Już od pierwszych stron poczułam, że nie będzie to historia oparta wyłącznie na wartkiej akcji czy spektakularnych wydarzeniach. To opowieść, która rozwija się swoim rytmem – spokojnym, momentami niemal hipnotyzującym. Takim, który pozwala zanurzyć się w świecie dawnych wierzeń, słowiańskich legend i ludzi próbujących odnaleźć swoje miejsce pomiędzy tym, co znane, a tym, czego nie da się racjonalnie wyjaśnić.

I chyba właśnie za ten klimat pokochałam tę książkę najbardziej.

Monika Mackiewicz tworzy świat, który wydaje się niezwykle autentyczny. Czuć, że każda legenda, każdy obrzęd i każdy element codzienności mają swoje korzenie w historii i kulturze. Nie jest to słowiańskość potraktowana jako modny dodatek. Ona stanowi fundament całej opowieści.

Czytając, miałam wrażenie, że siedzę przy ognisku i słucham starej baśni przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Takiej, w której granica między rzeczywistością a magią zaciera się z każdą kolejną stroną. Bardzo spodobały mi się również bohaterki.

Choć pochodzą z dwóch różnych światów i niosą ze sobą odmienne doświadczenia, trudno zamknąć je w prostych schematach. Są odważne, ale nie nieomylne. Silne, ale niepozbawione wątpliwości. To właśnie ich wewnętrzne rozterki sprawiają, że ta historia nabiera głębi.

Nie jest to książka o walce dobra ze złem. To opowieść o wyborach. O wierze. O lojalności. O tym, jak trudno czasem pogodzić własne przekonania z oczekiwaniami świata. I o tym, że prawda bardzo rzadko jest czarno-biała.

Ogromnym atutem tej powieści jest język. Jest piękny, obrazowy i niezwykle klimatyczny. Niektóre opisy aż prosiły się o to, żeby przeczytać je drugi raz. Dawno nie miałam w rękach książki, która tak mocno działałaby na wyobraźnię.

Nie oznacza to jednak, że jest to lektura dla każdego.

Jeśli szukacie dynamicznej fantastyki z nieustanną akcją, możecie poczuć, że tempo jest zbyt spokojne. Ale jeśli lubicie historie, które pozwalają zanurzyć się w świecie, budują atmosferę i zostawiają przestrzeń na refleksję, „Wiedźma i mniszka” może Was naprawdę zachwycić.

Bardzo doceniam również to, że autorka nie traktuje słowiańskich wierzeń jedynie jako tła. Są one integralną częścią opowieści i wpływają na decyzje bohaterów, ich sposób myślenia oraz postrzeganie świata. Dzięki temu całość zyskuje autentyczność, której często brakuje we współczesnej fantastyce.

To jedna z tych książek, które nie kończą się wraz z ostatnią stroną.

Jeszcze długo wracałam myślami do bohaterek, do ich decyzji i do pytań, które stawia przed czytelnikiem autorka. Bo pod warstwą magii i dawnych wierzeń kryje się historia o człowieku – jego lękach, odwadze i poszukiwaniu własnej drogi.

Po zamknięciu książki pomyślałam tylko jedno...

Dlaczego w polskiej fantastyce tak rzadko sięgamy po własne legendy i wierzenia? Bo kiedy trafiają w ręce autorki, która potrafi opowiadać z taką wrażliwością i wyczuciem, powstają historie, od których naprawdę trudno się oderwać.

A Wy? Sięgacie po powieści inspirowane słowiańskimi wierzeniami, czy dopiero odkrywacie ten gatunek? Jestem bardzo ciekawa, jakie tytuły zrobiły na Was największe wrażenie. 

poniedziałek, 13 lipca 2026

"Drogowskazy Odysei" Sam Akbar


Siedem najważniejszych lekcji z Odysei, ponadczasowej opowieści o byciu silnym w obliczu przeciwności losu i nieustannym dążeniu do celu.

Są książki, które czyta się szybko. Są takie, które pochłania się jednym tchem. A są też takie, które co kilka stron zmuszają do zamknięcia okładki. Nie dlatego, że są trudne. Wręcz przeciwnie – dlatego, że każą się zatrzymać i pomyśleć. „Drogowskazy Odysei” należą właśnie do tej ostatniej kategorii.

To nie jest książka, która daje gotowe odpowiedzi. Nie znajdziecie tutaj prostych recept na szczęście ani listy dziesięciu kroków do lepszego życia. Zamiast tego autor zaprasza czytelnika do podróży – nie tyle przez kolejne rozdziały, ile przez własne doświadczenia, przekonania i sposób patrzenia na świat.

Już sam tytuł wiele mówi o charakterze tej książki. Odyseja od wieków symbolizuje drogę pełną prób, zmian i odkrywania siebie. Dr Sam Akbar wykorzystuje ten motyw, by opowiedzieć o współczesnym człowieku – jego wyborach, wartościach, kryzysach i poszukiwaniu sensu.

Najbardziej urzekło mnie to, że autor nie stawia się w roli nieomylnego nauczyciela. Nie moralizuje. Nie narzuca jedynej słusznej drogi. Raczej zadaje pytania, które zostają z czytelnikiem na długo po odłożeniu książki. I właśnie za to ją polubiłam.

To jedna z tych lektur, które czyta się inaczej niż powieść. Nie ma potrzeby pędzić do ostatniej strony. Wręcz przeciwnie – warto robić przerwy, wracać do zaznaczonych fragmentów i pozwolić, by niektóre myśli wybrzmiały.

Bardzo spodobał mi się również sposób, w jaki autor łączy refleksję z praktycznym spojrzeniem na codzienność. Nie odrywa czytelnika od rzeczywistości, ale zachęca, by spojrzeć na nią z nowej perspektywy. To książka o rozwoju, ale bez motywacyjnych sloganów. O zmianie, ale bez obietnic natychmiastowych efektów.

Czytałam ją powoli. Nie dlatego, że była trudna. Dlatego, że chciałam dać sobie czas na przemyślenie wielu poruszanych tematów. Niektóre fragmenty trafiały do mnie bardziej, inne mniej – i myślę, że właśnie na tym polega siła tej książki. Każdy czytelnik wyniesie z niej coś innego, bo każdy jest na innym etapie swojej własnej drogi.

To nie jest książka, którą po przeczytaniu odkłada się na półkę i zapomina.

To jedna z tych, do których chce się wrócić po kilku miesiącach albo po kilku latach, żeby sprawdzić, czy te same słowa znaczą dziś coś zupełnie innego.

Poleciłabym tę książkę każdemu? Nie. Poleciłabym ją osobom, które lubią czytać nie tylko dla historii, ale również po to, by lepiej zrozumieć siebie. To lektura dla tych, którzy nie boją się zadawać pytań i wiedzą, że najciekawsze odpowiedzi często przychodzą dopiero po czasie.

A Wy?

Macie książki, które bardziej się przeżywa, niż po prostu czyta? Takie, do których wracacie nie dla fabuły, ale dla jednego zdania, które w odpowiednim momencie potrafi zmienić sposób myślenia? 

niedziela, 5 lipca 2026

"Przemiana" Tom 4. Deborah Harkness


 Na polach bitew rewolucji amerykańskiej Matthew de Clermont poznaje Marcusa MacNeila, młodego chirurga z Massachusetts w chwili politycznego przebudzenia, kiedy wydaje się, że świat czeka lepsza przyszłość. Kiedy Matthew daje mu szansę nieśmiertelności i nowe życie wolne od pęt purytańskiego wychowania, Marcus wykorzystuje okazję, żeby stać się wampirem. Ale ta transformacja nie jest łatwa, a odwieczne tradycje i obowiążki rodu de Clermont zderzają się z głęboką wiarą Marcusa w wolność, równość i braterstwo.

Są autorzy, którzy potrafią stworzyć ciekawą historię. Są tacy, którzy potrafią stworzyć fascynujący świat. A Deborah Harkness robi coś jeszcze – sprawia, że ma się ochotę w tym świecie po prostu zamieszkać.

Dlatego za każdym razem, gdy wracam do jej książek, mam wrażenie, jakbym odwiedzała starych znajomych. Nie dlatego, że wszystko jest przewidywalne. Wręcz przeciwnie. Po prostu wiem, że czeka mnie opowieść, która nie będzie gonić od jednej sceny akcji do drugiej. Będzie miała czas. Na rozmowy. Na emocje. Na odkrywanie tego, co niewidoczne na pierwszy rzut oka.

I właśnie taka jest „Przemiana”.

To książka, która nie próbuje za wszelką cenę zachwycić fajerwerkami. Zamiast tego buduje atmosferę – powoli, cierpliwie i z ogromną dbałością o szczegóły.

Uwielbiam to, jak Harkness splata codzienność z magią. W jej świecie nadprzyrodzoność nie wydaje się czymś oderwanym od rzeczywistości. Jest jej naturalnym przedłużeniem. Magia współistnieje z historią, nauką, kulturą i rodzinnymi więzami. Dzięki temu wszystko wydaje się bardziej autentyczne.

Największą siłą tej książki pozostają jednak bohaterowie.

To nie są postacie, które stoją w miejscu. Każda rozmowa, każda decyzja i każde spotkanie coś w nich zmienia. Ich rozwój nie jest gwałtowny ani wymuszony. Jest spokojny, momentami wręcz subtelny, ale właśnie dlatego tak wiarygodny.

Bardzo podoba mi się również to, że autorka nie tworzy świata podzielonego na dobro i zło. Tutaj niemal każdy nosi w sobie własne lęki, własne błędy i własną historię. Dzięki temu trudno kogokolwiek jednoznacznie ocenić. A ja właśnie takie książki lubię najbardziej – takie, które zostawiają miejsce na refleksję.

Czy tempo jest wolniejsze? Tak. I wiem, że dla części czytelników będzie to największa wada tej książki. Dla mnie okazało się jej ogromnym atutem.

W czasach, gdy wiele historii opiera się na nieustannych zwrotach akcji, dobrze było przeczytać powieść, która pozwala zatrzymać się na chwilę. Zauważyć gest, spojrzenie, niedopowiedziane zdanie. To właśnie z takich drobiazgów Harkness buduje napięcie.

Ogromne wrażenie zrobił na mnie również język. Jest elegancki, obrazowy i bardzo dojrzały. Nie epatuje patosem, ale potrafi stworzyć niezwykle gęsty klimat. Czytając, miałam wrażenie, że nie tylko obserwuję wydarzenia, ale naprawdę znajduję się obok bohaterów.

Nie jest to książka, którą pochłania się w jeden wieczór. To książka, którą się smakuje. Taka, do której chce się wracać nie dlatego, że zapomniało się fabułę, ale dlatego, że tęskni się za atmosferą.

Czy jest to książka dla każdego? Nie. Jeżeli oczekujecie nieustannej akcji, walk i zwrotów wydarzeń co kilka stron, możecie poczuć niedosyt.

Ale jeśli lubicie historie, które rozwijają się niespiesznie, stawiają na relacje, budują świat z niezwykłą precyzją i zostawiają po sobie więcej pytań niż odpowiedzi, „Przemiana” ma szansę Was całkowicie oczarować.

To jedna z tych książek, które przypominają mi, dlaczego tak bardzo kocham fantastykę. Nie za magię. Nie za niezwykłe stworzenia. Tylko za to, że potrafi opowiadać o najbardziej ludzkich emocjach w sposób, którego realizm często nie potrafi oddać.

I właśnie dlatego, po zamknięciu ostatniej strony, zamiast poczucia końca miałam tylko jedną myśl: Już tęsknię za tym światem.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

"Srebro i krew" Jessie Mihalik

 


W zamku pełnym tajemnic, otoczonym zdradliwym lasem, między dwojgiem magów pojawia się iskra pożądania - a potem coś więcej. Im bardziej odkrywają magię Rieli, tym wyraźniejsze staje się jedno: to ona może ocalić królestwo Garricka. Albo je ostatecznie zniszczyć.

Nie ukrywam – mam ogromną słabość do historii, które potrafią połączyć świetnie wykreowany świat z bohaterami, o których myślę jeszcze długo po zamknięciu książki. I właśnie takie wrażenie zostawiło po sobie „Srebro i krew”.

Już od pierwszych stron czuć, że autorka wie, dokąd prowadzi swoją historię. Nie zasypuje czytelnika ogromem informacji o świecie czy polityce. Zamiast tego stopniowo odkrywa kolejne elementy układanki, dzięki czemu nie miałam poczucia zagubienia, a wręcz przeciwnie – z każdą stroną coraz bardziej chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej.

Ogromnym atutem tej książki są bohaterowie. Nie są papierowi ani przewidywalni. Każdy ma własne cele, własne tajemnice i powody, dla których podejmuje konkretne decyzje. Bardzo lubię, gdy postacie nie są ani idealnie dobre, ani jednoznacznie złe – i tutaj właśnie to dostałam. Dzięki temu łatwo było mi się w tę historię emocjonalnie zaangażować.

Na osobne wyróżnienie zasługują dialogi. Są błyskotliwe, naturalne i często przełamują napięcie dobrze wyważonym humorem. To właśnie dzięki nim relacje między bohaterami rozwijają się wiarygodnie. Nie ma tutaj wrażenia, że uczucia pojawiają się znikąd – wszystko budowane jest stopniowo, co bardzo sobie cenię.

A skoro o relacjach mowa… romans jest obecny, ale nie dominuje całej fabuły. Jest dodatkiem, który wzmacnia historię, a nie jedynym powodem jej istnienia. Dla mnie to ogromny plus.

Akcja praktycznie cały czas trzyma tempo. Kiedy wydawało mi się, że mogę na chwilę odłożyć książkę, pojawiał się kolejny zwrot wydarzeń albo nowa informacja, która sprawiała, że czytałam „jeszcze tylko jeden rozdział”… i jak zwykle skończyło się na kilku.

Czy książka ma wady? Oczywiście. Chętnie spędziłabym więcej czasu z niektórymi postaciami drugoplanowymi, bo kilka z nich miało naprawdę duży potencjał. Momentami miałam też ochotę jeszcze głębiej wejść w polityczne intrygi i lepiej poznać mechanizmy rządzące tym światem. Ale to są raczej oznaki tego, że chciałam dostać tej historii po prostu więcej.

To jedna z tych książek, które przypominają, dlaczego tak bardzo lubię czytać, a powodem jest to, że w centrum zawsze stoją ludzkie emocje, lojalność, zaufanie i wybory, które mają swoje konsekwencje.

Jeśli szukacie książki, która łączy dworskie intrygi, dobrze napisanych bohaterów i historię, od której trudno się oderwać, to „Srebro i krew” zdecydowanie warto dopisać do swojej listy.

A teraz przyznajcie się… czy tylko ja mam tak, że po naprawdę dobrej książce przez kilka dni żadna kolejna nie wydaje się wystarczająco dobra? 

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia